Z pętli latarń jak wzrok ku tobie oderwać?
Oto miasto umarłe od żalu.
Ulicą przechodzi ślepy pies dozorcy,
a różowe suknie wracają z balów.
Lokomotywy jesienią żółkną i sypią liście.
Po szynach zardzewiałych jaki pociąg odejdzie?
Oto mali chłopcy przynieśli nóż i słońce maszyniście,
a pusta drezyna brzęcząc odjeżdża bezludna
i w pędzie
obrywa sczerwieniały liść - semafor.
Z szynku poeta wychodzi niosąc kota zabitego przez pijanych.
Kobiety są obce, obce jak stare fotografie ciotek.
Omijam zmierzch, idę po ciebie w małą zmyśloną uliczkę,
gdzie klon jesienny opada najprawdziwszym złotem.


Jesienie rok za rokiem idą,
gwiazdy jak deszcze szyby tną.
Zielone łanie na polanie,
u okien huczy serca bąk.

Nie płacz, kochana, lat złowrogich,
spod twoich rzęs zielony liść,
ptaki i drzewa trysną, drogi,
po których dalej trzeba iść.

Liście opadły. Wrócą liście
i modlitewne łuki gór,
przeminą ludzie w nienawiści,
zostanie trzepot ptasich piór.

Knieje się pienią - tylko pomyśl -
w powietrza falującym tchu
niedźwiedzi pomruk zaczajony,
niebieski jezior duch.

Nie płacz, kochana. Śpij w cierpieniu,
na dłoni mojej drżący ptak,
rzekom i mnie, i wiosen cieniom,
i miłowaniu lat.

Przeminie łoskot burz gwiaździstych,
nie stanie ludzkich burz.
Nam, śpiewającym pieśni czyste,
serce rozetnie czas jak nóż,

Bo już kolebią aniołowie
imię - jak złote imię gwiazd,
próchnieje pod stopami czas,
zostaje wieniec chmur na głowie.

Bo już kolebią aniołowie
na niewidzialnych dłoni śnie
proste jak sosna, czyste dnie
rosnące w ptasim słowie.

29 IX 1942