koń bryzgiem srebrnych dzwonków parska
w zieloną ruń jak wodę miękką
kwiaty przynoszą w barwnych garstkach
świt gęstych rzek na sutkach dźwięku.

Drzewa są wolne w rudych lasach
przebiega koń przez płynność polan
różowo gra rozbiegiem oczu
balony nozdrzy gnie do kolan

a kiedy wbiegnie w dźwięczne stepy
w rozlany łan błękitem świeży
stanie wysoko wyzwolony
i wchłonie słońce wolne zwierzę...


Z pętli latarń jak wzrok ku tobie oderwać?
Oto miasto umarłe od żalu.
Ulicą przechodzi ślepy pies dozorcy,
a różowe suknie wracają z balów.
Lokomotywy jesienią żółkną i sypią liście.
Po szynach zardzewiałych jaki pociąg odejdzie?
Oto mali chłopcy przynieśli nóż i słońce maszyniście,
a pusta drezyna brzęcząc odjeżdża bezludna
i w pędzie
obrywa sczerwieniały liść - semafor.
Z szynku poeta wychodzi niosąc kota zabitego przez pijanych.
Kobiety są obce, obce jak stare fotografie ciotek.
Omijam zmierzch, idę po ciebie w małą zmyśloną uliczkę,
gdzie klon jesienny opada najprawdziwszym złotem.