Dziewczyna śpiąc odrzuca ręce w górę,
w sąsiedni sen, który się o nią otarł,
a nad nią drżą ciągnące długim sznurem
zjeżone kły - jak ciche myśli kota.
Więc bierze sen i mrucząc wtula usta
w puszystą sierść, przyklada ją do piersi,
aż skośny cien wychodzi nagle z lustra
i sen jak wzrok zachodzi białą śmiercią.
Dziweczyna śniąc nazywa po imieniu
zielony liść i chmury, które plyną,
i skośny cien zamknięty we wspomnieniu
i budzi się, i nie zna żadnych imion.
A wtedy świt zamyka pusty pokój
jak bialy dzwon. Dziewczyna w odrętwieniu
widzi w swych snach różową krew obłoków
i tropy łap - jak czarnych gwiazd na ziemi.
Oto jak pomnik własnego miłowania
u sinych wód milczeniem stoję,
a dołem płyną trumny i posłania,
a górą czas i wielkie boje.
O źli, źli ludzie, jakie to wam było
ciało złowrogie, tępe takie złe,
o, jaka była ta kłamana miłość,
której nie starczy i na jedną łzę.
O źli, nieszczęśni czy w Bogu zapomniani,
tłumem wylegli nad przepaści brzeg,
nie dostający ciemnymi głowami,
nie uskrzydleni rytmem ciemnych serc.
Mroczne, mroczne wąwozy. To mi przed oczami
cień duchów jakichś mignie, to strzaskany krzyż,
to drogi stratowane trwogą i kołami,
nad grobowiskiem ziemi - nieba drżący liść.
Nie ma, nie ma powrotu, sine wody moje,
do zatopionych dziejów, które w was odbite.
Ja jestem posąg wasz i nad milczeniem stoję
skamieniałym - pragnieniem i żywym - granitem.
Nie ma, nie ma ucieczki. Na rozdartej ziemi
ten milion serc kalekich z mojej piersi krwawi.
Byli żywi, odeszli z słowami prostemi,
tych Bóg milczeniem zbawił.
Ale nam ziemia gorzka, twarda, nieudała.
Widzę was krew węszących, palących kościoły,
zdzierających z umarłych strzęp żałosny ciała,
zła trwogą i chciwością złączonych na poły.
Czuję stopy węszące ostatnie przymierze
i ciemność, która chlusta na to martwe złoto.
I jestem posąg czasu śmieszny - który wierzę,
choć nie ma znów powrotu, znów nie ma powrotu.