Nie wiem nic. Jest wokoło ten rzeczy niepokój,
który rzeki przesyca i morza obłoków,
który jest sam przez siebie, a ja ponad którym
jestem jak smutne dziecko przenoszące góry.

I nie wiesz nic, i możesz ręce jeszcze
zanurzyć w płynności rzeczy i rzeczy niepokój.
Bo jest w tym jak w tworzeniu z marmuru drzew żywych
(które się same ciosają pod ręką)
coś jak nieuchwycenie w locie złotej grzywy,
jak opadanie - smutne i jak ziemia - piękne.
Jak ziemia, bo ta w trwodze najdalszej wywoła
- i w grobach - jakąś smukłość anielską kościoła.
Więc idź, chociażbyś wiedział, że zmierzasz do grobu,
bo nie w tobie jest trwoga, ale ty przez trwogę.
Bo to nie żądzą wzrasta, ale zapatrzeniem,
jak wierzby, które rosnąc w wodzie, rosną - cieniem.

Wtedy ziemia się skurczy, aż za wąska stopom
będzie chmura - na przekór arkom i potopom.

Tylko ludzie znad trawy - jak krowy - spojrzenie
zwrócą w niepokój rzeczy, w to, co zapatrzenie,
i przez swoją osobowość, w to, co gromem śniło,
powiedzą nierozważnie i osobno: miłość.

12 XII 41 r.


Dziewczyna śpiąc odrzuca ręce w górę,
w sąsiedni sen, który się o nią otarł,
a nad nią drżą ciągnące długim sznurem
zjeżone kły - jak ciche myśli kota.

Więc bierze sen i mrucząc wtula usta
w puszystą sierść, przyklada ją do piersi,
aż skośny cien wychodzi nagle z lustra
i sen jak wzrok zachodzi białą śmiercią.

Dziweczyna śniąc nazywa po imieniu
zielony liść i chmury, które plyną,
i skośny cien zamknięty we wspomnieniu
i budzi się, i nie zna żadnych imion.

A wtedy świt zamyka pusty pokój
jak bialy dzwon. Dziewczyna w odrętwieniu
widzi w swych snach różową krew obłoków
i tropy łap - jak czarnych gwiazd na ziemi.