Boże mój. Ja przed Tobą
ołtarz ciała rozdarty.
Ja - jednym sumieniem rodzony,
dymię tysiącem martwych.
Nie tłomacz mi ptaków i roślin,
ja znich poczęty - rozumiem,
tylko się krzywdy nauczyć
i ludzi się uczyć nie umiem.
Ja już spokojny . Ześlij
ulewy głów obciętych,
strąć nieba płaską dłoń,
Ty ze wszystkiego - święty.
Ale mi czyny wytłomacz,
ziemi ziejący orkan,
bo nic, że po klęsce jej depczę
jak po krzemiennych toporkach
ludzi, co nigdy nie rosnąc,
o ściany jaskiń miecz ostrzą.
Ale wytłomacz mi tych,
co niewiedzący - u ciemnych wód
są spopielałe krzyżyki czarne
nie odegranych nigdy nut.
31.XII 41 r - 1.I. 42 r.
Pamiąteczki zasuszone - nieba róż.
Na pudełku tyrol i jabłoń.
Takie proste było wszystko: chleb i nóż.
a teraz gdzie opadło?
Takie proste byłyby lata
- zasuszone dziś w książkach płatki.
Jak obrazki zielenią odczuć?
Niewypukłe obrazki, gładkie.
[Nie ma ciebie, nie będzie, po co
szukać gwiazdek w czarnej sali?
Tylko pamięć wysycha - potok,
świat - klinika trocinowych lalek.]
Dziecinnieje mi ziemia znów
zamykana w tajemnice pudełek.
Oddalony smutek snów
jak nad śmiercią rzucona przełęcz.
Srebrny kluczyk. Nakręcane ptaszki -
- pomniejszone pozytywki zdarzeń.
A to wszystko maleńkie obrazki
powieszone na potężnym konarze.
Krzysztof Kamil Baczyński marzec 41 r.
Śnią się dalekie łowy. Wtedy się odmyka
łuk grzbietu, który długo tężał w zamyśleniu,
i z wolna noc się pije jak ptaki i cienie
wirujące po kole zastygłego krzyku.
Sierść rozrasta się szybko, aż calkiem wypełni
mroczną kotlinę ścieżki i fosforem trzeszcząc
sypie szelest napięty jak ogromne kleszcze,
że zdaje się: za chwilę spadnie kropla pełni.
Wreszcie wielki jak jesion, na zdrętwiałych łapach,
trzeba się wznosić wyżej i skradać z daleka
za cieniem, który niesie przykrą woń człowieka,
a ma bezwładne skrzydła rózowego ptaka.
A gdy łapy opadną, jak skóre się zdziera
pazurami krzyk ostry, który cuchnie krwią,
spod powiek wschodzą nagle brązowe owoce
i słychać z góry: ptaki na modrzewiu drwią.