O ty mój smutku cichy,
smutku gwiazdek maleńkich,
Nazywałem, szukałem
brałem ciebie do ręki.
Jak to się ciało twarde
tak w piasek albo w glinę
zamienia w moich dłoniach,
pragnienie każde- w winę.
Jak to się - kiedy dotknę-
kwiat przeobraża w ciemność,
a poszum drzew - w głuchotę,
a chmury - w grzmot nade mną.
Jak to ja nieobaczny
mijam, sam sobie błachy,
i rzeźbę zanim zacznę
marmur wypełniam strachem.
Jak to ja nasłuchuję
błyskawic w niebie trwogi.
Jakże to ja nazywam
każde czynienie- Bogiem?
Otom strzęp oderwany
od drzewa wielkich pogód,
sam swym oczom nie znany
obcy swojemu Bogu.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem
wierzę we własną duszę.
1.XI.1942
Pościnano drzewa światowidom,
ścięto głowy buntom dziecięcym,
bo nie przyjdą anioły z ptasich puchów, nie przyjdą.
Oto nóż szafotów do chleba. Cóż więcej?
Zatroskane madonny mdleją;
jakbyś podniósł ziemi upiorną powiekę,
więc żal mi, żal, bo świat to żal
za utraconym człowiekiem.
Dziewczyna śpiąc odrzuca ręce w górę,
w sąsiedni sen, który się o nią otarł,
a nad nią drżą ciągnące długim sznurem
zjeżone kły - jak ciche myśli kota.
Więc bierze sen i mrucząc wtula usta
w puszystą sierść, przyklada ją do piersi,
aż skośny cien wychodzi nagle z lustra
i sen jak wzrok zachodzi białą śmiercią.
Dziweczyna śniąc nazywa po imieniu
zielony liść i chmury, które plyną,
i skośny cien zamknięty we wspomnieniu
i budzi się, i nie zna żadnych imion.
A wtedy świt zamyka pusty pokój
jak bialy dzwon. Dziewczyna w odrętwieniu
widzi w swych snach różową krew obłoków
i tropy łap - jak czarnych gwiazd na ziemi.